Dlaczego pomimo tego, że oddałem/zawierzyłem moje życie Bogu dalej dręczą mnie seksualne pokusy? Czy jestem złym chrześcijaninem, jeśli mam tego typu ciągoty?

Oddanie życia Bogu i zawierzenie Mu swoich dróg jest jednym z kluczowych elementów pokonania nałogu. Najczęściej jednak po nawróceniu człowiek nie przestaje się ze sobą zmagać. Biblia jasno wskazuje, że nawrócenie (nowonarodzenie) jest początkiem procesu uświęcenia (zdrowienia). Człowiek wchodząc w relację z Bogiem, przystępuje w pewnym sensie do kosmicznego programu odwykowego. Tak jak w przypadku każdego odwyku, zmiana jest procesem! Wiele osób oczekuje natomiast, że Bóg ich natychmiast i bezboleśnie uwolni, i to najlepiej bez ich udziału. Sądzę jednak, że jest to zdecydowanie nierealistyczne oczekiwanie. Sam Jezus uczył nas (np. w modlitwie Ojcze Nasz) byśmy prosili o wytrwałość w pokusach. Pokusy nawiedzają i dalej będą nawiedzały osobę wierzącą, ale dzięki Bogu i Jego Duchowi mamy prawdziwą możliwość sukcesywnego przeciwstawiania się tym ciągotom. Wymaga to jednak pracy, wysiłku i dokonywania zmian w życiu osobistym. Jezus powiedział, że poznamy prawdę i prawda nas wyzwoli. Zdanie to ma podwójne znaczenie. Po pierwsze Jezus jest prawdą, po drugie Jego słowa są prawdą. By osiągnąć wolność trzeba zarówno poznać Jezusa, jak i stosować Jego słowa. Wiele osób próbuje poprzestać tylko na jednym. Wielu wierzących twierdzi, że zna Jezusa, ale nie stosuje się do Jego nauk. Inni stosują Jego nauki (często nawet o tym nie wiedząc), ale Go nie znają (tak funkcjonuje wiele nurtów terapeutycznych, uczących tego, co Biblia przy jednoczesnym pomijaniu Boga). Wiara bez stosowania słów Jezusa jest pusta i nieefektywna. Stosowanie Jego nauk bez wiary i więzi z Nim przynosi rezultaty, ale niepełne, gdyż pozbawione prawdziwej mocy, miłości i przebaczenia, które stanowią ważną składową zdrowienia. Osobiście jestem przekonany, że, zgodnie z Biblią, prawdziwe, dogłębne uwolnienie człowieka z jego zniewoleń możliwe jest tylko dzięki mocy Bożej. Uwolnienie odbywa się w procesie, który ma swoje etapy i własną dynamikę. Jest to jednak wspaniała podróż z obietnicę wygranej. Bóg chce uwolnić człowieka od poczucia winy i potępienia, tak by motywacja do zmiany nie wynikała z chęci odkupienia swoich grzechów (to zrobił Jezus za ciebie na krzyżu), ale z motywacji miłości i chęci upodobniania się do swojego wybawiciela. Jeśli więc zmagasz się z pokusami, wiedz, że jest to normalne i że nie jesteś w tym sam. Pismo wyraźnie mówi, że również po nawróceniu człowiek ma dalej grzeszne skłonności, które musi nauczyć się ujarzmiać przy wsparciu Bożego Ducha. Jezus uczył, by stale przeciwstawiać się pokusom, a nie prosić, by ich nie było. Ważne jest też, by pamiętać o zasadzie siania i zbierania. Jeśli przez większość życia siałeś złe rzeczy, to będziesz musiał poświęcić trochę czasu na odchwaszczenie swojego pola i poczekać trochę aż dobre ziarna, które zacząłeś siać, wydadzą plon. Może zastanawiasz się też, dlaczego Bóg od razu w cudowny sposób nie usunie twojego problemu? Bóg oczywiście jest w stanie tego dokonać, ale z mojego doświadczenia wynika, że nie często to robi. Słyszałem jednak sporo historii osób uwolnionych w cudowny sposób od nałogów chemicznych. Jest tu jednak pewna różnica. Te osoby prawie zawsze pozostają abstynentami dożywotnimi. Oznacza to, że często doświadczają uwolnienia od objawów odstawienia używki (dramatycznych bolesnych objawów braku substancji chemicznych w krwioobiegu), jak i od głodów (przymusu zażywania). Takie osoby, doświadczywszy zmniejszenia siły ciągu do używki oraz mając dostęp do nowej relacji z Bogiem (która często mocno zmienia życie emocjonalne człowieka), czują w sobie siłę, by do danej rzeczy już nie wracać, np. alkoholu. W ten sposób odcinają się od swojego problemu i tak naprawdę nie są oni uwolnieni w sensie pełnego „od-uzależnienia” tylko uratowani z niewoli nałogu (choć znam też nieliczne przypadki gdzie ludzie twierdzą, że dostąpili pełnego uleczenia z nałogu). Trochę inaczej jest w przypadku seksualności człowieka. Tutaj raczej nie ma mowy o zupełnej abstynencji, większość osób nawet jej nie chce. Oczekuje się raczej uwolnienia od grzesznych skłonności, a nie odcięcia sfery seksualnej jako takiej. Takie rozwiązanie problemu rzadko możemy zaobserwować, z Bogu tylko znanych względów. Sądzę, że dzieje się tak dlatego, że Bóg stworzył ludzi jako istoty seksualne i nie chce człowieka pozbawić tej dziedziny życia. On pragnie ją uzdrowić. Tak więc nie odcina człowieka od seksualności, ale proponuje swoją drogę wyjścia. Można po prostu stwierdzić, że nałóg jest ekstremalną wersją wypaczenia seksualnego, które trzeba naprawić z Bogiem. Nie ma drogi na skróty. Musisz oduczyć się starych wzorców i nauczyć nowych. Ludzie czasem oczekują, że np. będzie ich podniecać wygląd i ciało ich żony, ale będą totalnie oziębli w stosunku do wszystkich innych kobiet. Szczerze wątpię, czy Bóg naprawdę chciałby mieć tak dziwacznie dzieci. Nie czas i miejsce, by opisać wszystkie czynniki, które moim zdaniem wpływają na to, że akurat najczęściej w tej dziedzinie Bóg pozwala ludziom przechodzić proces, a nie dokonuje cudownego uwolnienia, ale sądzę, że warto chociaż je nadmienić. Przepracowanie uzależnienia wymaga często skonfrontowania się ze swoim dzieciństwem, wiele osób w tym okresie doświadczyło naruszenia swoich granic seksualnych, jak i innych nadużyć. Dalej, nie da się nauczyć zdrowej seksualności bez zmierzenia się z wypaczeniami, które zebrało się w ciągu życia. Popęd seksualny jest Bożym dziełem. Bóg pragnie, by energia z niego płynąca, była w zdrowy sposób kanalizowana, a nie zupełnie wyłączona. Zmierzenie się z seksualnością wymaga też zmierzenia się ze swoimi emocjami, jak i często tożsamością płciową (męskością i kobiecością) oraz poczuciem wartości. Te i pewnie jeszcze inne powody wpływają, moim zdaniem, na to, że Bóg nie traktuje zmagań w tej dziedzinie życia jak choroby, którą trzeba natychmiast wyleczyć, ale jako życiowe skrzywienie, które On chce wyprostować i naprawić. Pragnę też wyraźnie podkreślić, że wszystkie te osoby, które doświadczyły cudownego uwolnienia, np. od narkotyków, także muszą przejść proces uzdrowienia w związku z czynnikami, które leżały u podstawy nałogu, jak i tymi, które powstały na jego skutek. Czasem dzieje się tak, że ludzie „uwolnieni” uważają, że sprawa jest zamknięta i nie ma potrzeby do niej wracać. W takich przypadkach funkcjonują oni dalej jak w czynnym nałogu, tylko, że bez swojej używki, działając jednak w oparciu o podobne wzorce zachowań. Bóg jednak z czasem zawsze zaczyna pracę nad takimi osobami. Często są one zszokowane, ile pracy i zmian muszą przejść w dziedzinach, które uważały za zamknięte i należące do przeszłości. Prawda bowiem jest taka, że nałóg jest zawsze tylko czubkiem góry lodowej i niezależnie od tego, czy Bóg w cudowny sposób odetnie ten czubek czy też nie, o wiele więcej pracy i wysiłku poświęcisz na pracę z Nim nad tym wszystkim, co było pod spodem. Zaufaj mi, wiem coś o tym!